BIP GCI
A A A

Psycholog radzi - O akceptacji i nadziei w cieniu wirusa

 

Minęło już wiele tygodni epidemii. Sytuacja zmienia się nie tylko na zewnątrz, ale także w nas samych zachodzą różne procesy. Reagujemy już często inaczej, niż na początku izolacji. W jednym z pierwszych moich tekstów, które pojawiły się w tym czasie, pisałam o postrzeganiu tej sytuacji jako procesie żałoby. Żałoby związanej z realną stratą – dotychczasowych aktywności, kontaktów, celów i planów, nawet pracy czy zdrowia, a także - w wymiarze psychicznym – z utratą poczucia kontroli i bezpieczeństwa.

 

Wydaje się, że jest to dla nas sytuacja nowa, z jaką jeszcze nigdy nie mieliśmy do czynienia, a co za tym idzie – na którą nie mogliśmy się przygotować i która nas, w związku z tym przeraża. Rzeczywiście, takiego wybuchu epidemii raczej w zbiorowym, społecznym wymiarze, nie przechodziliśmy w ostatnich dziesięcioleciach. Owszem, gdzieś w rodzinnych przekazach, wśród najstarszych członków rodziny, odżywają wspomnienia o dwudziestowiecznej „hiszpance”. Jednak mamy poczucie, że tak trudna sytuacja to jakiś ewenement w naszym normalnym funkcjonowaniu.

 

Dziś proponuję, żeby spojrzeć na to trochę inaczej. Owszem, sytuacja jest w pewnym sensie nowa, jednak czy do tej pory nigdy nie przeżyliśmy doświadczenia utraty kogoś/czegoś? Umierają nasi bliscy, tracimy pracę, rozstajemy się z osobami do tej pory dla nas ważnymi. Tracimy zdrowie, z jakichś powodów, na które nie mamy wpływu, musimy zmieniać plany. Mieliśmy już w swoim życiu takie trudne momenty. Ten owszem, jest pod pewnymi względami wyjątkowy, jednak poprzednie nasze doświadczenia mogą pokazać nam, że umiemy sobie z nimi poradzić.

 

I tu wracamy do procesu żałoby. Pisałam, że psycholodzy i terapeuci wyróżniają w nim kilka etapów. Od początkowego niedowierzania i zaprzeczania, poprzez złość i bunt, a później – rezygnację, możemy dojść do stanu jakiejś formy godzenia się z rzeczywistością. Do akceptacji, do włączenia tego trudnego doświadczenia do zbioru naszych życiowych przeżyć. Nie jest to proces łatwy, wprost przeciwnie – wymagający wysiłku i pracy nad sobą. Bo trzeba pogodzić się z tym, że na coś nie mam wpływu, że coś jest poza moją kontrolą, że coś utraciłam/utraciłem, być może bezpowrotnie. Co może pomóc w osiągnięciu takiego stanu i dlaczego jest on nam potrzebny?

 

Bunt i niezgoda na zastaną rzeczywistość są normalną reakcją, jednak wymagają od nas dużych nakładów energii, przynoszą też takie emocje, jak złość i gniew, i, jeżeli są bardzo rozciągnięte w czasie, odbijają się niekorzystnie na naszym funkcjonowaniu. Akceptacja pomaga nam osiągnąć wewnętrzny spokój, wyciszyć trudne uczucia. Daje też możliwość na poszukiwanie nowych rozwiązań, odkrywanie nowych możliwości.

 

I tutaj wracamy do spostrzeżenia, że w większości z nas są różne trudne doświadczenia, z którymi też musieliśmy się już jakoś uporać. Warto się zastanowić, co wtedy pomogło nam stanąć na nogi. Jacy ludzie, jakie nasze wewnętrzne umiejętności, cechy, okazały się wtedy przydatne? Jakie myśli były dla nas wspierające? Jeżeli mam poczucie, że wtedy sobie poradziłem, to dlaczego tym razem miałoby mi się to nie udać? Starsi też pewnie pamiętają, jakieś przekazy na temat „hiszpanki”, także takie, że ludzie się jednak po niej podnieśli, choć w tym samym czasie mierzyli się także ze skutkami pierwszej wojny światowej. Jeżeli poprzednim pokoleniom to się udało, to dlaczego miałoby się nie udać nam?

 

Akceptacja to także umiejętność rozróżnienia między tym, nad czym możemy odzyskać kontrolę, a tym, na co nie mamy wpływu. Na to ostatnie nie warto tracić niepotrzebnie naszej energii. Jeżeli zrozumiem, że pewnych rzeczy nie mogę kontrolować, da mi to przestrzeń do skupienia się nad tym, na co ten wpływ mam. Nie wiem, czy za miesiąc będę mógł/mogła…….. (tu każdy może wpisać swoje własne plany, cele). Ale mam wpływ na to, co zrobię dzisiaj. Tu i teraz. Może coś nowego, coś, na co do tej pory brakowało mi czasu. Albo na co zawsze miałem ochotę, ale jakoś brakowało odwagi. Może czegoś nowego się nauczę? Może otworzę się na kontakt z innymi? Może odkryję nowe hobby? Zamiast na walkę z tym, co nieuchronne, mogę swoją energię przekierować na coś innego. Owszem, każdy z nas chciałby się czuć bezpiecznie w tym, co zna, co już oswoił.

 

W tym miejscu przypominają mi się słowa amerykańskiego teologa protestanckiego, Karla Niebuhra, który pisał na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku:

 

Boże, daj mi siłę, abym pogodził się z tym, czego zmienić nie mogę;

Odwagę, abym zmienił to, co zmienić mogę

I mądrość, abym potrafił odróżnić jedno od drugiego.


Kryzys oznacza zmianę, wyjście poza to, co robiliśmy do tej pory, poszukiwanie nowych rozwiązań. Oznacza też czasowe pogorszenie naszego funkcjonowania. Kryzysy są znane zwłaszcza psychologom rozwojowym. Dziecko nie rozwija się na zasadzie takiej, że wszystko idzie mu coraz lepiej i lepiej. Nie, ono przechodzi przez różne kryzysy, „cofa się” najpierw, żeby potem móc pójść do przodu. Jednym z takich etapów jest choćby nauka chodzenia. Dziecko uczy się raczkować, czyli przemieszcza na czworakach. Robi to coraz sprawniej. Ale przecież nie to jest jego ostatecznym celem. W pewnym momencie musi wyjść ze strefy tego komfortu i stanąć niepewnie na dwóch nogach. Ile jest przy tym przewracania, płaczu, prób, żeby utrzymać równowagę. A przecież się nie zniechęca, nie odpuszcza, nie mówi sobie: „Dobra. Koniec z tym, wolę do końca życia łazić na czworakach”, tylko próbuje dalej. Do skutku.

 

Gdy minie epidemia, w większości wrócimy do tego, co znaliśmy do tej pory. Teraz mamy wybór. Czy poddać się zniechęceniu i zwątpieniu, a może poszukać pomocy, gdy czujemy, że sytuacja nas przerasta? Godzenie się z obecnym stanem może nam też ułatwić odnajdywanie w nim jakichś korzyści. Obecny kryzy może być szansą rozwoju. Warto popatrzyć na to, czego się o sobie przez te tygodnie, właściwie już miesiące, dowiedziałem? Co odkryłam? Czego się nauczyłem nowego? Może odnalazłam w sobie jakieś nowe umiejętności? Może na coś w pogoni spraw nie miałem czasu, a teraz miałem okazję zrozumieć, jakie to jest dla mnie ważne. Może myślałam, że Internet, komunikatory, to już nie dla mnie, a teraz okazuje się, że rozmawiam z wnukami na Skypie i wysyłam maile do przyjaciół?

 

A może izolacja pokazała nam, że coś trzeba zmienić, nad czymś popracować w naszym związku, w rodzinie. Może muszę się nauczyć wyznaczać granice swoim bliskim, albo po prostu z nimi rozmawiać, starać się zrozumieć ich potrzeby.

 

Akceptacja wiąże się też z innym stanem umysłu – nadzieją. Dostrzeganie prostych przyjemności, życzliwych gestów ze strony innych, może w nas przywrócić wiarę w lepszy czas. Dostrzeganie zmienności pór roku daje nam przekonanie, że ten trudny okres też kiedyś minie. „Nie porzucaj nadzieje, jakoć się kolwiek dzieje: Bo nie już słońce ostatnie zachodzi, A po złej chwili piękny dzień przychodzi” pisał już Jan Kochanowski w XVI wieku. Pogodzenie się z tym, czego zmienić nie możemy i patrzenie z nadzieją w przyszłość, może pomóc nam w uporaniu się z obecnym kryzysem, a w przyszłości – stanowić kolejne doświadczenie w naszej życiowej historii.